wtorek, 22 lipca 2008

Zelektryzował mnie mail od kolegi Wojtka: "Pojawił się nowy Klaus Schulze z ...Lisą Gerrard. Słuchałem trochę - kosmos!", od razu zapuściłem więc internetowe wici w poszukiwaniu tej muzyki. Klaus Schulze - znana legenda muzyki elektronicznej, jakoś nigdy nie "wpadłem" na jego większą twórczość, słyszałem fragmenty, dobra elktronika, ale do tego stylu zawsze miałem jakieś takie nieufne podejście, za mało tu po prostu ludzkiego grania. Lisa Gerrard - w zasadzie więc to mnie tak podekscytowało. Piękniejsza połowa Dead Can Dance i jeden z jego głsów, Zespołu pewnie przedstawiać nie trzeba, kto nie zna nadrobić musi. Niestey DCD już nie istnieje, Brendan i Lisa rozstali się prywatnie więc, co zrozumiałe, niełatwo było coś nowego tworzyć. Kilka lat temu zespół niby się reaktywował i nawet zagrał koncert w Polsce, ale chyba tylko po to, aby muzycy stwoerdzili, że to niema sensu. Brendan nagrał solową płytę, Lisa kilka i zaczeła się udzielać w muzyce filmowej. Opisywana tu płyta powstała w kilka dni w listopadzie 2007, Klaus podobno od dawna usiłował namówić do współpracy Lisę po tym jak usłyszał jej głos i w końcu mu się udało. Klaus nagrał muzykę a Lisa bez żadnych prób dośpiewała swoje "teksty". Słuchałem płyty kilka razy zanim zdecydowałem się coś o niej napisać. Pierwsze wrażenia były nie najcieplejsze, elektronika z dołożonym trochę na siłę anielskim głosem. Im dalej jednak muzyka się rozkręca. Trochę wyczuwalne jest to, że muzyka powstała wcześniej a Lisa się w nią wpasowywała, ale po jakimś czasie przestaje to przeszkadzać. Płytę sobie kupię (na razie nie znalazłem) bo jest ciekawa, w czasach gdy nie należy się już spodziewać kolejnych produkcji DCD, trzeba cieszyć się takimi produkcjami. Dla wielbicieli głosu Lisy w DCD lektura obowiązkowa.
piątek, 11 lipca 2008

Kupiłem sobie nowy gadżet, tzw. mp4, trzeba to było trochę potestować, więc wgrałem tam zestaw płyt jakie akurat pod ręką na komputerze były. Następnego dnia, idąc do pracy włączyłem i słyszę, że to lecą Baśnie, kopę lat, dość dawno tego nie słuchałem. Z wielką przyjemnością wróciłem do dawnych czasów, jak śpiewa tu Tomek "na stare ścieżki". Płyta jest po prostu piękna, dla mnie osobiście to kanon polskiej muzyki. Pamiętam czasy gdy słuchało się na kasecie magnetofonowej wydanej przez "Polskie nagrania" i człowiek nie marzył jeszcze o płytach kompaktowych. Ciekawostką był fakt, że płyta ukazała się na kompakcie w 1990 i była to jedna z pierwszych polskich płyt na tym nośniku. Gdy zacząłem studiować, dość często bywałem na koncertach. Pewnego dnia wybrałem się na Collage, bo znałem już materiał z kasety. Do dziś pamiętam jaki byłem zaskoczony, jak ludzie zaczeli podchodzić do ściany, brali składane krzesła i siadali sobie przed sceną. Bo była to muzyka, której się słucha z uwagą, nawet na koncercie. Na uwagę zasługuje ładna okładka, nieprzypadkowo kojarząca się z pewnym znanym zagranicznym zespołem z "Rybą" na wokalu. Często zespół był nazywany "polskim Marillionem", ale nie do końca to była prawda. A muzyka ? Cudeńko, kto nie zna niech sięgnie, kto zna niech sobie przypomni. Soczyste "Gilowe" solóweczki, oblane klawiszami, ładna muzyka. Naprawdę piękny debiut. Dalsze koleje losu Collage były dość burzliwe, zmieniający się skład, problemy z wokalistami. Nagrali jeszcze 3 no 4 płyty. Płyta z własnymi interpretacjami piosenek Johna Lennona, dla mnie dzieło, dla fanów Johna może mniej. Potem chyba apogeum sławy czyli Moonshine nagrany w Holandii, kolejna wielka rzecz. No i przed rozpadem jeszcze płyta Safe trzymająca poziom. W tzw. międzyczasie ukazała się płyta Changes, taka trochę niby składanka, ale słucha się jak normalej rasowej płyty. w 1996 gdy wydawało się, że wszystko przed nimi, postanowili się rozstać. Wojtek poszedł swoją ścieżką konstruując kolejne zespoły, Mirek obrał swoją, szkoda. Mirek był obecny już na tym blogu pod postacią swojej ostatniej supergrupy Believe. Nomen omen w zespole grają jeszcze Tomek Różycki i Przemek Zawadzki, którzy to występują na płycie Baśnie. Ale to już zupełnie inna historia.
środa, 02 lipca 2008
Człowiek zajęty, ale muzyka zawsze w tle gdzieś leci więc trzeba skomentować. Dziś napiszę o Coldplay. Zespół nie najnowszy na jego koncie to już czwarty studyjny album. Pierwszy raz zetknąłem się z muzyką tego wykonawcy przy okazji drugiej płyty "A Rush of Blood to the Head", usłyszałem kawałek "Clocks" i od pierwszych paru sekund mnie zauroczył. Jeśli ktoś nie zna zespołu to polecam rozpoczęcie przygody od tego kawałka, albo się wsiąknie albo nie ma co dalej słuchać. Kapela nie sili się na wielką oryginalność i łamanie reguł, po prostu bardzo dobrze zagrany melancholijny rock. Bardzo fajnie się tego słucha wieczorami. Płyta ostatnia, pełny tytuł widnieje jako "Viva la Vida or Death and All His Friends" , nie obniża lotów, kolejna porcja fajnych kawałków. Mi szczególnie wpadł w ucho drugi kawałek "Cemeteries Of London", piękna kompozycja na miarę "Clocks".
poniedziałek, 16 czerwca 2008
Niedawno opisywałen wrażenia z ostatniego studyjnego albumu grupy Variete "Zapach wyjścia". Pierwsze wrażenia były mieszane, bo to jest już nieco inne Variete niż te, które pamiętamy z lat 80-tych, ale po kilku przesłuchaniach album przekonuje, jest to wartościowa muzyka. Nadszedł czas, aby zobaczyć jak to wszystko sprawdza się na żywo ... Koncerty Variete kojarzyły się z przede wszystkim z klimatem, mroczne nagrania, w dużej mierze niespotykane na regularnych albumach (dużo później, po kilku płytach studyjnych ukazał się album Bydgoszcz z tego najwcześńiejszego okresu). Muzyka mroczna mocno dołująca i Grzegorz w oparach dymu nieodłącznego papierosa ... Na info o koncercie trafiłem przypadkiem przeglądając koncerty w studiu im. Agnieszki Osieckiej, sala jest fajna, taka bardzo kameralna i stosunkowo często grają tam ciekawi muzycy, niestety osoby nie słuchające cały czas radia muszą same zaglądać na strony, bo nie są one poza radiem reklamowane, z oczywistych względów, sala jest mała. Ale przejdźmy do samego koncertu. Przed rozpoczęciem zastanawialiśmy się z kolegą jak wypadną starsze numery wobec "Zapachu", muzyki z ostatniego krążka nie starczy na godzinę i coś muszą zagrać, a jest to przecież inna muzyka. Nieco mnie niepokoił też fakt, że z "zespołu" zostali tylko dwaj muzycy wokalista i gitarzysta, resztę miały załatwić komputery, co nie jest za bardzo rockowe ... Zaczeli od nagrania "Anioł" z ostatniej płyty i od razu wprowadzili klimat znany z tego wydawnictwa. Okazuje się, że muzyka broni się na żywo, Grzegorz za stoliczkiem z "guziczkami" i akompaniująca mu gitara. Potem pojawiały się nagrania z wcześniejszego materiału "Nowy materiał" przeplatane nowymi kompozycjami. Doskonale się to komponowało i nie czuć było żadnych zgrzytów. Grali nieco ponad godzinkę, bardzo równo i klimatycznie. Na koniec zespół sprawił dużą niespodziankę starym fanom i zagrał "Klaszczę w dłonie w wersji "bez komputerów", spotakało się to z bardzo dobrym przyjęciem, osoba obok chyba dopiero wtedy zaczeła klaskać. No i Grzegorz ani razu nie zapalił, czyżby rzucił ?? A może po prostu przestrzegał zakazu :-)
poniedziałek, 26 maja 2008
Jak to się mówi: do trzech razy sztuka. Na koncert Comy próbowałem wybrać się już dwukrotnie i się nie udało z przyczyn niezależnych ode mnie. Teraz więc mimo dość niekorzystych zapowiedzi pogodowych postanowiłem się wybrać. Zespół zaprezentował się jako ostatni tego wieczoru, otrzymując status gwiazdy, w pełni zasłużenie. Z poprzedzających kapel widziałem tylko końcówkę Maanam, więc nie będę wspominał. Zawsze zastanawiało mnie, że mimo niewielkiej obecności w mediach (a może nie mam szczęścia i nie natrafiam ?) i mocno rockowego repertuaru mają sporą rzeszę fanów i przybyli oni licznie na występ. Zespół istnieje od 98 roku (prezenter wykazał się tu sporą nonszalancją i przekręcił na 89) i do dziś wydał dwie rewelacyjne płyty: "Pierwsze wyjście z mroku" i "Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków". Muzyka mocno rockowa trudna do szybkiego sklasyfikowania. Kolega, który nie zna kapeli, zapytał mnie co oni grają i do czego to jest podobne, nie potrafiłem odpowiedzieć na szybko. Po prostu dobry, mocny gitarowy rock. Koncert trwał z bisami bite dwie godziny i usłyszeliśmy chyba w całości repertuar obu albumów zespołu. Na uwagę zasługuje dobre nagłośnienie i wspaniały kontakt z publicznością, która dośpiwywała teksty i reagowała na "zaczepki" wokalisty. Bardzo dobry występ, już się nie mogę doczejać kolejnego wydawnicwa zespołu i nowych koncertów.
czwartek, 22 maja 2008
Dandelion Wine
Takiej obsówy koncertowej to dawno nie zaliczyłem, koncert zaczął się przed 22 czyli z dwugodzinnym opóźnieniem. Na rozgrzewkę zainstalował się support ze zdaje się Australii. Dwie kolorowe panny jedna na klawiszach, druga na wokalu, i pan grający na różnych instrumentach. Muzyka w miarę ciekawa trudna do sklasyfikowania. Koncert na kolana nie rzucił, ale jakby trafiła mi się płyta to bym przesłuchał z ciekawością. Psyche
Po przerwie na scenę weszło Psyche. Na scenie powitaliśmy Darrina Huss, który jest w grupie od początku. Z pewną ciekawością przjeliśmy fakt, że nie jest to duet tylko już trio i na scenie zainstalował się trzeci muzyk. Z pewnym niepokojem szedłem na koncert, zespół darzę dużym sentymentem, ale ostatni kierunek w jakim grupa podążyła, niezbyt mnie rajcował. Pierwszy raz zetknąłem się z grupą jakoś na początku lat 90-tych przy okazji płyty Influence zaprezentowanej w jednej z audycji przez Tomka Beksińskiego. Płyta była dla mnie wtedy pewnym objawieniem, że można grać muzykę elektroniczną i ma to klimat dość gotycki. Zespół nigdy nie ukrywał fascynacji Soft Cell, ale moim zdaniem poszedł dalej, o ile Soft Cell się zestarzało i tylko kilka kawałków po latach się broni, to Influence brzmi nadal dobrze. Interesowanie się nowymi nagraniami grupy zakończyłem gdzieś na płycie Intimacy, zespół poszedł w electro i jak dla mnie robiło się zbyt tanecznie. Z drugiej strony chwilę przed koncertem zapoznałem się z najnowszym wydawnictwem "Club Salvation" z zeszłogo roku, niby takie nie nowe bo to jednak składanka, ale za to w dużej mierze z innymi wersjami kawałków. Płyta mimo miejscami tanecznych bitów, jednak zawiero sporo fajnych melodii i dobrze się tego w pewnych okolicznościach słucha. Dodatkowo w necie pojawił się dość ciekawy cover Joy Division "Disorder" w wykonaniu Psyche. To skłoniło mnie ostatecznie aby wpaść na koncert. Klub No Mercy najlepszych miejsc do koncertowania nie należy, niepokojąca była też frekwencja, około 20-tej garstka osób, ale gdy koncert się zaczął, publika gdzieś skądś się zbiegła i było całkiem licznie (jak na taki klub, schowany gdzieś pod ziemią). Zespół zaczął dość tanecznie, dwie pary klawiszy i w środku Darrin. Po kilku kawałkach lewy klawiszoweic obrócił się i wziął do ręki ... gitarę, co w większość, łącznie ze mną mocno zaskoczyło, pozytywnie oczywiście. Dzięi temu część kawałków usłyszeliśy w innych wersjach co bardzo urozmaiciło koncert. Darrin mocno rozgrzał publiczność, musiał chyba ze trzy razy wracać na scenę i bisować. Jako ciekawostkę warto odnotować cover "Sex Dwarf" wspomnianego już Soft Cell. Ogólnie koncert należ zaliczyć do udanych, spora dawka tzw. "elektro" ale ze smakiem zagrane.
wtorek, 20 maja 2008

Variete znam od zawsze, jest to jedna z moich ukochanych polskich grup. Jej historia sięga lat 80-tych gdy się jeszcze słuchało muzyki z kaset i materiał takich grup to można było zdobyć tylko przegrywając od kogoś nagrania koncertowe. Była to chyba najbardziej zimnofalowa grupa tamtych czasów. Stosunkowo oszczędne, smutne aranżacje z dodanym niesamowitym głosen i tekstami Kaźmierczaka. Ach ten klimat "Cygańskiej muzyki" .... Czasem takie perełki wyłapywała Lista Przebojów Trójki i za jej pośrednictwem był najbardziej znany "I znowu ktoś przestawił kamienie", zespół niechętnie grał to na koncertach i długo nie umieszczał na oficjalnych wydawictwach. Ciekawostką był fakt, że można było go znaleźć na składance Marka Niedźwiedzkiego. Przez lata zespoł coraz bardziej odchodził od klimatów zimnej fali, ale zawszy muzyka pozostawała rockowa. Z pewnym więc niepokojem usłyszałem, że powstała płyta nagrana w USA i nie jest to uryginalny skład zespołu. Płytę jednak zakupiłem, bo zespoły polskie trzeba wspierać i zespół zawsze lubiłem. Po pierwszych przesłuchaniach miałem mieszane uczucia ... to jest zupełnie inna muzyka, jakieś takie klimaty. Ostatecznie jednak do płyty się przekonałem, jest to naprawdę fajna spójna płyta, trochę średnio pasuj mi tylko anglojęzyczny kawałek. Muzyka klimatyczna jedyne co łączy to z Variete to głos wokalisty i teksty, muzyka jest jednak intrygująca i dobrze się słucha wieczorem. Polecam uwadze, ale uprzedzam, że to nieco inna muzyka.
sobota, 10 maja 2008
Zwarte Poëzie 
Zawsze musi ktoś zagrać pierwszy, tym razem padło na holdenrów. Zaczeli grać garstki ludzi na sali, później się nieco poprawiło. Atmosfera nie była najcekawsza, pomijając frekwencję, koncert odbywał się w kinie i wszyscy siedzieli, co bardziej pasuje na koncertach poezji śpiewanej a nie rockowych. Zespół prezentuje muzykę mozno osadzoną w zimnej fali lat 80-tych, charakterystyczne jest to, że śpiewają po holendresku. Chwilami w konsternacje mnie wprowadzały zagrywki typu: zaczyna się kawałek" Killing an Arab" Cure i po chwili mamy zupełnie inny tekst po holendersku i inny kawałek. I nie wiem czy to świadomy cover czy tylkojakieś odniesienia. Ogólnie plus za muzykę, którą lubię z echami Cure, Jou Division czy Bauhas, minus za grę, jakoś to tak sobie brzmiało. Believe  Believe to grupa Mirka Gila, znanego szerzej z legendy polskiego rocka progresywnego Collage. Gdy Collage zawiesiło działalność Wojtek Szadkowski założył Satellite, Amirian próbował kariery solowej, Mirek Gil założył Mr Gil a następnie w 2006 roku powołał do życia Believe. Są to muzycy znani z Collage ale tego pierwszego z czasów "Baśni". Believe po pierwszych minutach powalił ścianą dźwięku. Perfekcyjne granie, bogate brzmieniowo (skrzypce). Muzycy na dniach wydali nową płytę "Yesterday is a Friend" i jej jeszcze nie widzieli, jest to ewenement spotykany chyba tylko w Polsce, było to sporym niedopatrzeniem, że nie można było tej płyty na koncercie kupić, ale cóż tacy wydawcy. Zespół zaczą dwoma kawałkami z debiutanckiej płyty "Hope To See Another Day" Liar i Needles in my Brain. Potem zaprezentowali materiał z najnowszej płyty i zakończyli koncert utworem tytułowym kończącym poprzednią płytę. O ile debiut muzyków był pozycją bardzo rockową (dość odlgłą od wspomnianego Collage) to najnowszy krążek jawi się jako płyta bardziej stonowana, spokojna, żeby nie powiedzieć bardziej smutna. Mamy tu więcej gitary akustycznej i więcej skrzypiec. Po 40 minutach gry muzycy się pożegnali z ciągle siedzącą publicznością. Ray Wilson & Stiltskin  Porwać publiczność pod scenę udało się dopiero dla Ray-a Wilsona. Już pierwsze dzięki z ostatniej jak dotąd studyjnej płyty "She" pokazały, że mamy tu do czynienia z koncertem rockowym. Nie zauważyłem od czego się zaczeło, ale nagle wszyscy zaczeli wstawać z krzeseł i iść pod scenę. Ray Wilson to muzyk znany i zapamiętany przede wszystki z tego, że zaśpiewał na jednej płycie Genesis. Była to bardzo udana płyta "Calling All Stations" i bardzo żałowałem, że niedługo potem zespół zaiwesił działalność i Ray poszedł swoją drogą. Po nagraniu kilku solówek zdecydował się na reaktywowanie macieżystej formacji Stiltskin. Muzycy nagrali wspomnianą płytę "She" która w znakomitej większości była grana na koncercie. Ray to znakomity wokalista z charakterystycznym głosem, który śpiewa swobodnie i bez wysiłku a jednocześnie bardzo rockowo. Z kocertu zapamiętałem jeszcze znakomicie przy samej gitarze zaśpiewany "In the Air Tonight" no i na bis zaśpiewane "Knocking on heavens Door", które po szybkiej prezentacji zespołu przeszedł płynnie w "No Women, no cry". Podsumowując muzycznie udany wieczór i jedyne minusy to "czerstwa" sala i słaba frekwencja.
czwartek, 08 maja 2008

Zaletą posiadania dużej kolekcji płyt jest to, że słysząc przypadkowo piosenkę można sobie przypomnieć o jakimś dawno nie słyszanym zespole i natychmiast posłuchać więcej ... Dziś słuchałem przypadkiem audycji w Antyradiu i na koniec poleciał kawaek "Sunday morning" ożyły wspomnienia i natychmiast wykopałem płytę. Zespół był dość popularny w latach 80-tych, a to za sprawę wyżej wymienionego przeboju, który spopularyzowała Lista Przebojów Trójki. Bardziej wytrawni słuchacze zetkneli się z grupą już wcześniej przy okazji przeboju "Happy boy". Czasy były dość specyficzne, kupowało się wtedy okazyjnie kasety "stilonówki" (lepiej sytuowani nabywali TDK w Pewex-ie, innym pozostawało kupowanie bajek w celu lepszego wykorzystania) i "polowało" się słuchając radia na tego typu nagrania. Kopalnią była wspomniana Lista Marka Niedźwiedzkiego. W nieco późniejszych czasach podchodziło się już "ambitnie" i nagrywało się całe albumy w audycjach Tomka Beksińskiego. Zespól nagrał dwie studyjne płyty "Friends" i "Lindy's Party", potem wyszła jeszcze płyta ze starszymi nagraniami "Bigger Giants". Mi się udało tylko kupić besta. Jest to bardzo dobra składanka, mamy tu wszystkie przeboje grupy i od tego zestawu proponuję zapoznawanie się z twórczością zespołu. Reguularne płyty również się bronią jako całość, miałem je kiedyś na kasetach i jak trafię na nie to pewnie sobie kupię. Dla osob nie znających zespołu: "Uwaga, to nie jest ruska kapela" :-)
środa, 07 maja 2008
Nazwa kapeli już od dawna przelatywała mi w różnych informacjach muzycznych, ale nie miałem okazji posłuchać. Po raz pierwszy zetknąłem się z muzykami przy takim jednorazowym projekcie Morte Macabre. Był to pomysł muzyków m.in. Anekdoten i Landberk na zrealizowanie płyty z muzyką z horrorów. Pomysł wypalił i wyszła płyta znakomita, rozeszła się natychmiast i była nieosiągalna przez długi czas. Można było się zetknąć z fragmentami w audycjach Tomka Beksińskiego. Kilka lat temu została ponownie wydana i stałem się jej szczęśliwym posiadaczem, ale o niej może innym razem. Muzyka Morte Macabre spowodowała, że w końcu sięgnąłem po regularne płyty tej grupy, nie jest łatwo je dostać powyższą zamówiłem w jednym sklepie muzycznym, ale po kilku miesiącach podziękowali, dopiero przez Rock Serwis udało mi się kupić, ale też zajeło im to ponad miesiąc. Pierwsza była "Gravity" z 2003 roku i od razu się w grupie zakochałem. Bardzo energetyczna tajemnicza muzyka, wyrażnie zarysowany bas i gitary, a wszystko zanużone w mrocznych klawiszach. Muzyka siedzi korzenaimi mocno w latach 70-tych, ale w żadnym momencie nie czuć, że jest to archaiczne, wręcz przeciwnie. Ostatnia płyta "A Time Of Day" nie przynosi niespodzianki, kolejna znakomita płyta, zespół konsekwentnie gra swoją muzykę. Mimo, że są tu częste słychać nawiązania do King Crimson, zespół wypracował wyraźny rozpoznawalny styl, który od razu pozwala rozpoznać kto gra. Kto niezna niech posłucha, jeżeli lubi takie dźwięki, zakocha się od pierwszej minuty.
|
|
|
<
|
Maj 2012 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
|
7
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
|
14
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
|
21
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
|
28
|
29
|
30
|
31
|
|
|
|
Zakładki:
Kapele
Portale muzyczne
Sklepy muzyczne
|